poniedziałek, 31 października 2016

Ecliptus


1.
Padał deszcz. To jedyne co pamiętam bo gdy zdążyłam się mocniej przypatrzeć światu byliśmy już w stratosferze. Wojna... Samo jej pojęcie jest straszne.

Mama i Tata opowiadali mi kiedyś... NO DOBRA. Wczoraj, że gdy oni byli młodsi uczyli się o historii I i II wojny. Opowiadali mi też o tym, że kiedyś ludzie śmiali się z idei trzeciej. Oni sami podobno też...

Opowiem trochę o sobie.
Mam na imię Elizabeth Johnson, ale dla przyjaciół Eliza. Mam trzynaście lat i od dwóch tygodni żyje na Ecliptusie... Zapewne nie wiecie co to Ecliptus, hem? Jest to specjalnie zbudowana planeta badawcza na której panuje strasznie dużo zasad. Od kiedy nauka się poszerzyła naukowcy chcieli by jak najwięcej ludzi przeżyło, przecież bomby atomowe są tak rozwinięte, że jedna wyniszczy Europę i pół Azji! Ale przechodząc do rzeczy...

Na tej planecie (zresztą jak już mówiłam) obowiązuje ścisły regulamin który daje nam nowy ,,tok życia", a mianowicie są to: godziny policyjne, ogrodzenia, wyznaczone godziny posiłków bo jeśli spóźniłeś się minutę nie dostawałeś jedzenia, oraz więcej bardzo niewygodnych działań.

Żeby nie było mamy specjalne ubiory anty ,,radioaktywne". Ta, bo Napewno wybuch atomowy w Rosji dostał się pięćset tysięcy kilometrów dalej... Nie sądzę.

Gdy nas ewakuowano wielu żołnierzy zostało. Mój tata też chciał, ale moja rodzicielka mu nie pozwoliła, chociaż w sumie ja też...

Ojciec dbał o mnie od zawsze. Woził mnie do szkoły, zostawał ze mną gdy byłam chora, uczył mnie wszystkiego, zawoził na spotkania z koleżankami, kupował najładniejsze rzeczy... Byłam jego córeczką. Najważniejszą osobą na świecie. Nie wiem co bym zrobiła bez niego.

Moi przyjaciele dolecieli tutaj ze mną i swoimi rodzinami dwudziestoosobową rakietą. Najśmieszniej było gdy wylecieliśmy poza granice grawitacji. W pewnej chwili wszystko (dosłownie wszystko) wyleciało w powietrze... Nawet my! To było dziwne, ale wspaniale uczucie. Przynajmniej było tam lepiej niż teraz na Ecliptusie z jego dziwnymi zasadami...

2.

Siedziałam na łóżku. Godzina policyjna kończy się za kilka minut co oznacza, że zaraz idę do szkoły która nią nie jest. Dlaczego? Bo uczymy się zasad.

Zasady to taki ich Bóg... Złamiesz jedną - masz kłopoty. Problem w tym, że tych reguł albo nie da się wykonać, albo złamać.

Wiedziałam, że zaraz będę musiała biec do budynku placówki edukacyjnej tylko po to by zdążyć na siódmą trzydzieści.

Poszłam do łazienki i od razu weszłam pod prysznic. Niestety mój ulubiony olejek do ciała (o zapachu trawy cytrynowej) właśnie się skończył, a na najbliższe zakupy idziemy dopiero za miesiąc...

Zasada numer 121 - Zakupy można robić raz na miesiąc.

Zasady... Denerwujące są...

Gdy skończyłam poranną toaletę od razu ubrałam się w ubranie na dzisiaj.

Codziennie mamy inny ubiór. Dla dziewczyn wygląda to tak:
- Poniedziałek - szara sukienka, białe rajstopy, szare podkolanówki i buty ecrue*.
- Wtorek, Niedziela - Czarna, rozkloszowana spódnica, biała koszula z kołnierzykiem, czarne lakierki i (zależnie od pogody) cieliste rajstopy.
- Środa - czarne legginsy, beżowy sweterek i niebieskie trampki.
- Czwartek - neonowa sukienka (kolor nie ma znaczenia), białe trampki typu Converse, biała opaska na włosy i zależnie od pogody rajstopy.
- Piątek, Sobota - jakiekolwiek kolorowe ciuchy.

Spojrzałam na rozpiskę. Dzisiaj był wtorek więc wreszcie mogłam ubrać moją ulubioną czarną, rozkloszowaną spódnicę. Bardzo lubiłam strój na wtorek i niedzielę ponieważ był taki elegancki i poważny. Wtedy każdy był taki sam.

Ogarnęłam się dość szybko lecz już musiałam wychodzić. Szybko związałam włosy w niedbały kok i wybiegłam z domu by zdążyć na autobus.

Nasza kwatera mieści się pięć kilometrów od centrum i dziesięć od mojej szkoły. Ecliptus jest zbudowany trochę jak stacje kosmiczne w "Gwiezdnych Wojnach". W 89% jest zbudowany z metalu, a reszta to czysta natura. Wygląda podobnie jak Ziemia, ale większość rzeczy dzieje się w jego "środku". Wszystkie kwatery mieszkalne znajdują się na zewnątrz, ale placówki edukacyjne, rozrywkowe i inne, najczęściej wgłąb tej konstrukcji w większości zbudowanej z tworzyw sztucznych.

Weszłam do autobusu w którym siedział mój przyjaciel - John.

- Och... Elizabeth, cześć! - powiedział.

- Hej John. - odparłam po chwili. - mogę się dosiąść?

- Tak. Siadaj. - odpowiedział poklepując miejsce obok siebie.

Znałam go od zerówki. Był moim przyjacielem na "dobre i złe" oraz osobistym aniołem stróżem. Uwielbiałam zwierzać się mu. On zawsze rozumiał problemy jakby był psychiatrą. Nigdy nie załatwiał problemów przemocą. Po prostu cud malina.

*Bądźmy ze sobą szczerzy... Nie umiem tego pisać.

3.
Jazda autobusami to jedna z najmilszych czynności codziennej rutyny. Można się poczuć jak na rollercoasterze ponieważ często zjeżdzamy tysiące kilometrów w dół.

Przez te dni i tygodnie mieszkania tutaj zapomniałam jakie zwyczaje miałam na ziemi. Nie pamiętam co było w szkole, nie pamiętam mojej codziennej rutyny tam. Pamiętam tylko te najpiękniejsze wspomnienia, lecz tak czy siak zniekształcone.

Tak to w życiu już jest. Praktycznie wszystkie wspomnienia to wyidealizowane opowieści, chociaż istnieją wyjątki. Mam jedno wspomnienie które jest idealnie zapamiętane. Idealnie zapisane w moim pamiętniku.

"24 grudnia, 2147 rok.
Drogi Pamiętniku.
Dzisiaj naprawdę nie mam humoru, ale muszę się komuś wyżalić. Gdybym powiedziała to komuś z poza mojej rodziny (nie wliczając Johna który zawsze mnie rozumie) uznaliby nas za bardzo dziwnych ludzi. Wiem, że to pochopne przypuszczenia, ale wiesz jak to jest. A więc przechodząc do rzeczy... Dzisiaj moja siostra - Alice - popełniła samobójstwo... Z jakiego powodu? Zaraz ci powiem. Przeglądałam jej zeszyt z zapiskami (oj wiem, że nie wolno) i natknęłam się na pewien fragment który zacytuje. Datę miał dzisiejszą, a dzięki niemu dowiedziałam się więcej o mojej matce.

"Mój drogi dzienniku!
Zaczynam cię pisać dopiero teraz bo chce by moi bliscy wiedzieli co zrobiłam. Mam tego dosyć! Matki nigdy nie ma w domu, ale ja wiem dlaczego! Szlaja się po klubach i pije alkohol, a potem pogotowie musi ją z ulicy zbierać. Ojcu mówi "Idę do koleżanki" lub "Idę na nocną zmianę", a on jej wierzy. Jestem poniżana przez wszystkich, a w liceum nie jest to takie fajne. Rodzice mówią bym się nie martwiła, ale ja nie umiem! Mam tego dosyć! (Nauczyłam się już robić szubienicę) Mam dosyć życia!... "

I tu zapiski się urywają... Tak jak napisała, że nauczyła się robić szubieniczkę - to była prawda. Powiesiła się. Mam może i dziesięć lat, ale czasem rozumiem zbyt wiele. Bella miała dopiero siedemnaście lat i całe życie przed sobą. Za około rok miała iść na studia. Dostała nawet dość wysoką lokatę na Harvard. Pamiętniku ja już nie mogę. Muszę kończyć bo inaczej moje zapiski się pomoczą...
Przepraszam...."

- Halo? Żyjesz? Coś się stało? - Z rozmyśleń wyrwał mnie John.
- Tak. - odparłam - Nie ważne.
- Na pewno? Możesz mi się wygadać. - Ten to umie pocieszyć.
- Nie... - Odpowiedziałam. - Nie chcę o tym gadać.
- Okay, bo właśnie zbliżamy się do szkoły.

I wtedy wjechaliśmy na poziom minus sześćset dwudziesty pierwszy.
Nie lubię mojej szkoły. Dlaczego? Już wam chyba mówiłam, ale tak czy siak jest okropna.

Dzisiaj mam dwa razy Fizykę, potem Angielski... Nie przeczytałam lektury, no super! Francuski, dwie Chemie i Historia planety. Czemu wtorki są takie ciężkie?

Musiałam biec na Fizykę z Panem Olwenem Collinsem. Był to mój ulubiony nauczyciel w domu i tu też nim jest. Pan Collins zawsze mnie rozumiał i chociaż zanim się przeprowadziłam za nic w świecie nie rozumiałam tego przedmiotu - on mi pomógł.

Tego dnia nie czułam się najlepiej. Zawroty głowy towarzyszyły mi od rana jednak nie odważyłabym się ominąć Historii. Mogłabym mieć z tego pożądne konsekwencje.

Nasza szkoła to tak naprawdę jedne drzwi za którymi znajduje się dwadzieścia sal lekcyjnych. W każdej jest po pięćdziesiąt ławek na dwie osoby by jak najwięcej uczniów się zmieściło. W trakcie kiedy ja mam Angielski, dzieciaki z Francji mają Francuski, Polacy mają polski, a Hiszpanie mają Hiszpański. Każdy ma swój więc nauka tu jest prosta chcociaż i tak gdy mamy lekcje łączone wszystko jest po Angielsku - języku uniwersalnym. W każdej sali wywieszone są flagi państw - by pamiętać skąd pochodzimy.

W grupie która ma ze mną Angielski jest jedna Polka która biegle posługuje się tym językiem. Ma na imię Ola i ma rude włosy tak jak ja. Wygląda jakby była moją bliźniaczką. Bardzo lubi jeść lody (których za bardzo nam nie wolno) i tak samo przeklina swój pobyt na Ecliptusie.

Biegłam. Tylko jedno przejście przez ulicę, ale moje szczęście jest tak wielkie, że nawet tak się spóźnię. Byłam w połowie gdy nie zauważyłam autobusu jadącego na mnie. Nie zauważyłam tego śmiertelnego zagrożenia. Walnęło we mnie, a przed oczami miałam pustkę.

Czy tak wygląda śmierć?

Nie. Ja jeszcze żyje. Wyczuwam czyjeś ręce pode mną i krzyki. Wyłapuje niektóre.

"Niech ktoś zadzwoni po pogotowie!"

"Czy ona jeszcze oddycha?"

"Tylko nie Eliza!"

"Proszę o spokój karetka już jedzie"

Większość głosów to byli moi przyjaciele i nauczyciele. Bardzo dziwne jest to, że wyłapywałam głos pana Olwena i Oli. Jakbyśmy byli spokrewnieni!

"Mawiają: głos krewnych słyszymy najlepiej"

Niby tak, ale oni nie są z mojej rodziny...

Rozmyślania przerwała mi pustka. Jedna wielka gówniana ciemność. Cisza i Mrok. Musiałam się im oddać...

4.

Ciemność. Jedyna rzecz otaczająca mnie to była ciemność. Nie wiem jak to ująć. Wszystko czułam, słyszałam... Tylko ten śpiew skowronka który chciał mnie obudzić, a ja nie mogłam otworzyć cholernych, ciężkich jak nie wiem, powiek. Wyłapywałam wiele rozmów, a niektóre nawet na mój temat. Chciałabym spać, ale nie mogę bo moja podświadomość żyje i nie ma żadnej głupiej ochoty na sen.

Jak zapełnić tą wielką przepaść którą jest nuda? Oczywiście jest wiele sposobów. Można posłuchać muzyki, poczytać, spotkać się ze znajomymi, rozmyślać... Można też wiele innych, ale w każdym wypadku musiałam wyeliminować wszystko prócz jednego. Rozmyślanie jest jedyną odpowiedzią.

Nigdy nie czułam się na siłach by powiedzieć moim rodzicom, że czuje się jakbym była z innej rodziny, ale rozmowa którą dzisiaj usłyszałam wiele we mnie zmieniła.

"- Ale doktorze to niemożliwe. Powtarzam. N-I-E-M-O-Ż-L-I-W-E! - powiedziała moja przyjaciółka z Klasy. - Ja jestem z Polski, a ona z Anglii.
- Droga Olu. Wiem, że jesteś mądra. To prawda musisz w to uwierzyć.
- Ona, moją bliźniaczką? Lubię ją, ale znamy się tylko tydzień!"

I w tym momencie wszystko się urwało. Nic nie słyszałam. Ogłuchłam? Chyba nie. Możliwe, że mój mózg mnie posłuchał i pozwolił mi spać? Tak. To jest najbardziej sensowne.

Moje sny często bywają głupie. Raz nawet śniłam o tym, że latałam i pływałam jednocześnie! Tak jakimś cudem jest to możliwe. Dzisiaj było inaczej. Moimi snami stały się wspomnienia ze wczesnego dzieciństwa. Stały się moimi pierwszymi dniami na świecie.

Pływałyśmy razem w tym małym baseniku w którym kąpie się dzieci. Pływałyśmy we trzy. Ja, dziewczynka podobna do mnie i jeszcze jakaś. Poczułam, że to coś na ręce zsuwa się. W pewnej chwili w wodzie pływały trzy takie kółeczka z dziurką. Podeszła jakaś pani i losowo założyła nam to coś na rączki. Ja dostałam swoje. Dlaczego wiem? Bo jako jedyna miałam różowe w środku.

Podmienili nas! No tak, ale jak?

Nie miałam siły na rozmyślenia. Wstrzkyneli mi Morfinę. O cholera jaką wielką dawkę. Dla mnie kropla jest silna, a co dopiero cała strzykawka!

Ostatnie słowa przed ostatnim snem w tym stanie. Wypowiedziała je Ola. Tak to na pewno ona. I ten lekarz. To oni na sto procent.

"- Kiedy ona się obudzi?
- Jest szansa, że jutro"

5.

Moje dotychczas ciężkie powieki ujrzały światło dnia po bardzo... No dobra nie wiem ile byłam nieprzytomna. Po prostu, po długiej przerwie.

Przez ten czas trochę się o sobie dowiedziałam. Wiem, że miałam jeszcze jedną siostrę. Wiem, że Ola to moja bliźniaczka. Nie wiem tylko jednego. Kim z mojej rodziny mógłby być pan Olwen?

W pewnej chwili przyszła pielęgniarka. Na oko szczęśliwa dwudziestolatka ciesząca się życiem. Taki widok jest rzadki na Ecliptusie... Chwila! To nie jest on. Nie jesteśmy na nim. Wróciliśmy na ziemię.

Dziewczyna, o której wspomniałam, wyglądając jakby się zapowietrzyła, uciekła. Pewnie po lekarza. Nie. Na pewno pewno po lekarza.

Wpatrywałam się w ekran. Nie pamiętam jak to coś się nazywało. Kardiograf? Chyba tak.

Moje serce biło szybko lecz w pewnej chwili zwalniało i znowu na sprincie biegło jak szalone. Lubię ten odgłos. Niektórych wnerwia, a mnie uspokaja.

Pik, pik pik pik, pik, pik, pik pik pik pik...

W pewnej chwili przyszedł mój "Osobisty" lekarz. Te słowa najbardziej pasowały. Określenie specjalista też by mogło pasować gdyby nim był.

- Pan Profesor? - zdziwiłam się - Co pan tu robi?
- Na początku swojej kariery studiowałem medycynę, a potem - zawachał się - poszło jak, poszło.

Miałam w głowie mętlik. Pytania naskakiwały na siebie. Wydusiłam z siebie tylko dwa.
- Co mi jest? Gdzie jesteśmy?
- Elizabeth. Wiem, że zrozumiesz co chcę ci teraz powiedzieć. Jesteś bardzo mądrą osobą.
- O co panu chodzi?
- Jesteśmy na Ziemi. Wojna przeniosła się tam, a my szykujemy oddziały. Jesteś kapitanem numeru tysiąc dwieście dwadzieścia jeden.
- Ale co mi jest? - kłęby myśli dawały mi znaki - Przecież uderzył we mnie autobus...
- Nic poważnego, - wypowiadał słowa z ulgą. Jakby właśnie wrócił z frontu i przeżył - tylko połamałaś żebra. Na szczęście to da się szybko wyleczyć.

"Nic poważnego"

"Na ziemi"

"Oddział tysiąc dwieście dwadzieścia jeden..."

Czemu to wszystko jest takie skomplikowane. Boże Dlaczego zsyłasz te wszystkie rzeczy na ludzi.

Co my Ci zrobiliśmy?

6.

Wreszcie wyszłam ze szpitala. Po przebudzeniu leżałam tam tydzień - by dojść do formy. Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Wiem, że Ola jest moją bliźniaczką, Pan Olwen to mój wujek, a ja i Alice nie miałyśmy nic wspólnego oprócz pokoju. Elizabeth obudź się! To prawdziwe życie!

Ziemia się zmieniła... Przynajmniej zapamiętałam ją inaczej. Moje ulubione miejsca w Anglii zostały wyniszczone, tak samo jak moje zaufanie do moich pseudo - rodziców. Z Olą bardzo dobrze się dogadujemy tylko... Tylko nie umiem się przyzwyczaić. Musiałam zmienić imię i nazwisko - moje było za bardzo Anglojęzyczne. Od dnia dzisiejszego mam na imię Ela Korczyk. Muszę się też nauczyć polskiego. Niby wszystko fajnie, ale niektóre słowa są nie do wypowiedzenia.

Jak codziennie, od mojego powrotu, wstałam o szóstej rano. Umyłam zęby i twarz, ubrałam się i uczesałam. Nie miałam już napiętego grafiku ubioru. Codziennie ubierałam się w wojskowe ciuchy - przecież każdy inny ciuch będzie do wyrzucenia! Treningi nie były takie złe, ale nie podobały mi się. To nie dla mnie.

Poszłam na śniadanie. Jak zawsze było tam ponuro. Byłam pierwszą osobą przy stoliku mojego oddziału. Ola siedzi gdzie indziej. Pracuje jako pielęgniarka. Brzmi to może dziwinie. Ma trzynaście lat i już pracuje? No niestety to smutna prawda. Toczy się wojna. Świat kontra Ecliptus. Czy kiedykolwiek komuś się to przyśniło?
- Hej Ela! - zaśmiał się John dosiadając się - Jak podoba ci się twoje nowe imię i nazwisko?
- Zamknij się - odparłam szorstko - Chociaż... Na pewno bardziej niż dowodzenie tym całym oddziałem.
- Wszystko się miesza - stwierdził Ben - Okazuje się, że twoja przyjaciółka jest polką, ma siostrę polkę, jej ojcem jest twój ulubiony nauczyciel, a na dodatek jest seksownym kapitanem twojego oddziału.
- Kto leci na Elkę? - zapytała Karolina.
- Boże ogarnijcie się bo spalę się tu ze wstydu! - zaśmiałam się, lecz wciąż byłam wkurzona.
- Czyli lecisz na Bena? - zaczął Bastian - To na trzy, cztery cały oddział krzyczy: "Ela leci na Bena, Na Bena leci Ela i Ben na nią też".

I wtedy zaczął się mój koszmar...

7.

Perspektywa Johna

Od zawsze uwielbiałem szkło. Można z niego uformować wiele wspaniałych kształtów, wazonów czy nawet witraży. Niestety to był ostatni dzień w którym jeszcze przez chwilę je kochałem, a chwilę później - nienawidziłem.
W pewnej chwili szyby rozwaliły się na miliony kawałeczków tak jak moje życie gdy dowiedziałem się o wypadku Elizabeth. O tak. Ona zawsze będzie moją Elizabeth. Nie żadną Elą, Elką czy Elżbietą. Po prostu Elizabeth - jak zawsze.

- Ręce do góry i ani jednego kroku dalej! - usłyszałem czyjś znajomy głos - Och panna Johnson i pan Kellei... Cóż za miłe spotkanie - W tej chwili uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Pierwsza - przede mną i moją przyciółką stoi pan Komendant Kalspern - najgroźniejszy dowódca na Ecliptusie. Druga - No właśnie... Najwidoczniej nasza najukochańsza planeta na świecie* chce się na nas zemścić.

- Witamy pana Komendanta - rozpoczęła - Co pana do nas sprowadza? Przyszedł pan nas odwiedzić? Przecież zmieniliśmy obywatelstwo - W tej chwili zacząłem mieć wątpliwości czy ona ma na pewno trzynaście lat, bo gada jak doświadczony dwudziestoletni oficer.

- Przyszedłem tylko panią poinformować, że pani rodzina została wysłana do aresztu wojskowego - w jej przepięknych oczach widać było szkliste krople łez których nie chciała wydostać. Nie może okazywać słabości. Nie teraz. Dopóki trwa wojna - Sąd wydał już wyrok. Ich egzekucja odbędzie się za trzy dni. Jeśli zależy pani na ich istnieniu to radzę się pospieszyć bo może pani do nich dołączyć.

----------
*czujecie ten sarkazm? :D
---------

8.

Perspektywa Elizabeth

Oni nie mają serca. Nie mają. To ten najgorszy rodzaj społeczeństwa, który nie potrafi żyć bez zabijania, dziwnej sprawiedliwości i uprzykrzania życia innym. Dam radę... Co ja gadam?! Nie dam rady!

W pewnej chwili Ci z Ecliptusa się ulotnili, a ja? Ja wpadłam w szloch. Straciłam ich. To już wiadome, postanowili zanim się jeszcze urodziłam. Słyszałam jak mój ojciec kiedyś tak powiedział.
"To nie twoja wina Elizabeth. Oni postanowili co będzie się tu dziać zanim się urodziłaś."

- Jakoś to załatwimy - powiedział John przerywając moje rozmyślanie - Tylko musisz być silna.
- Kocham Cię, wiesz? - szepnęłam mu na ucho. Zawsze chciałam mu to powiedzieć.
- Ja ciebie też - A to od zawsze chciałam usłyszeć.

Wtuliłam się w jego umięśnione ramiona. To wszystko nieźle go zmieniło. Kocham go i nie muszę tego nikomu udowadniać, bo to moja sprawa jak go kocham, a jego jak on mnie.

* * *

Treningi dobiegły końca. Już niedługo wyruszymy na wojnę - tą prawdziwą. Tą która wszystko wyjaśni. Teraz nic nie jest ważne. Chwila odpoczynku od spraw świata zawsze robi lepiej. Teraz jestem tylko ja, łąka i zwierzęta... Zwierzęta których prawie w ogóle nie ma. Co je wyniszczyło? Wojna. Wojna która nie dała nic tylko stworzyła Ecliptusa i jego durne zasady! Wojna która stworzyła kolejną! Gdyby dałoby się to uprościć... Niby się da, ale samobójstwa nie popełnię. Nie zrobię tego dla Johna, Jasia, Jana... Jemu to obojętne. Polska nazwała go inaczej, Anglia inaczej, a w Afryce pewnie nazywałby się Ungabungaalala.

- Nad czym się zastanawiasz? - O wilku mowa...
- Nie rozumiem sensu tych wszystkich wojen. Wiesz nie rozumiem czy jest to serio potrzebne.
- Masz filozoficzne podejście do świata - Ta jasne.
- Nie mam.

Przytuliłam się do niego. Tylko tyle. Nie potrafię w tej chwili więcej. Chcę napawać się chwilą która trwać wiecznie nie będzie. Będzie trwać do śmierci, a jak znam życie to umrzemy, ale nie jak normalni, cywilizowani ludzie. Umrzemy przedwcześnie tak jak większość żołnierzy
***
Mogłabym spać dalej, ale dręczyły mnie nocne koszmary. Niby jestem przygotowana, ale wojna rozpocznie się na prawdę niedługo. Co ja gadam? Wojna już się rozpoczęła wraz ze stworzeniem tej totalitarnej planety. Kalspern jest ich przywódcą. Nie wiem jak można być aż tal wrednym człowiekiem. A przy okazji rozmowy o panu Komendancie... Misja ratownicza dla moich rodziców zbliża się wielkimi krokami. Dostałam list od nich. Egzekucja jednak odbędzie się później. Na szczęście. Wyruszamy za trzy dni. Boję się o nich. Co jeśli to kłamstwo i już nie żyją? Co jeśli wszyscy mnie okłamują? Co jeśli... - zawachałam się w swoich myślach - Jeśli John mnie nie kocha? Elizabeth przestań! Idź już spać! - tak, sen jest mi potrzebny.

Wierciłam się na łóżku próbując nie obudzić nikogo. Wojskowe materace za bardzo skrzypiały. Zgłaszaliśmy to kilkakrotnie, ale osoby odpowiadające za naszą wygodę powiedziały, że robią co w ich mocy. W sumie nie kłamią. Posiłki są przepyszne, prysznice zawsze czyste, codziennie świeże ubrania... Nawet nie wiem jak im dziękować.

W pewnej chwili poczułam coś dziwnego pod moją poduszką. Wyczułam, że to coś ma kształt paczuszki. Szybko wzięłam rzecz i rozpakowałam. W środku znalazłam paczkę moich ulubionych słodyczy i doczepioną do nich malutką kopertę. Rozdarłam ją delikatnie by nie naruszyć zawartości. Był tam list, ale kto by do mnie pisał i wysyłał słodycze które uwielbiam.

Spotkajmy się dzisiaj o północy w parku wojskowym. Muszę z tobą pogadać.
Cend Bouxer

Cend? Czy ja znam kogoś o tak dziwnym imieniu? Cend, Cend, Cend... Czekaj. Wiem! Bouxer był moim dawnym przyjacielemze szkoły, ale wojna nas rozdzieliła. Ciekawe dlaczego chce się ze mną spotkać? Spojrzałam na zegar. Do spotkania zostało pół godziny. Ubrałam zwykłe wojskowe ciuchy we wzór moro. Nie chciałam się wystrajać. Mam na to jeszcze czas.

Wyszłam z pokoju. Do parku było przynajmniej piętnaście minut drogi. Nie lubiłam chodzić późno po opuszczonych miejscach, a park - przynajmniej ze względu na wygląd - miał kilka, lub kilkanaście lat.

Stałam jak słup soli gdy go zobaczyłam. Niegdyś najsłabsze ogniwo klasy, a teraz umięśniony twarzy facet. On tylko podszedł i mnie objął.

- Mam do czynienia z najmłodszą komendant w historii? - Uwielbiałam jego żarty.
- Jeszcze nie komendant, ale może kiedyś... - zaśmiałam się - Co u ciebie ogniku?
- O pamiętasz moją ksywę? Miło. - przerwał na chwilę - Wszystkiego najlepszego!

O kurde. Zapomniałam na śmierć o własnych urodzinach! Od dzisiaj mam czternaście lat! Nie. W sumie to i tak za mało. W pewnej chwili zobaczyłam dziwny cień... Wyglądał trochę jak John lub jego ojciec. Elizabeth zapomnij o tym! Odwróciłam się do przyjaciela i szybko zagadałam.

- Zapomniałam na śmierć... - posłałam mu szeroki, ciepły, miły i przyjacielski uśmiech.
- Mam dla ciebie prezent, - zdziwiłam się - ale musisz zamknąć oczy.

Zrobiłam co mi kazał, ale w pewnej chwili źle się poczułam. Padłam jak długa na ziemię. Jedynym co usłyszałam nim straciłam przytomność był śmiech Cenda i jego słowa.

'Na pewno Ci się spodoba.'

9.

Perspektywa Elizabeth

Obudziłam się. Siedziałam w jakimś pokoju który przypominał areszt lub pokój przesłuchań. Co takiego się stało, że tu wylądowałam?
Noc, list, północ, skrzypiące łóżko, dawny przyjaciel, urodziny, Cend...
Cend! To jego wina! Bo czyja inna? W tym parku byłam tylko ja, on i ten cień... Elizabeth uspokój się to pewnie było tylko drzewo.

Rozejrzałam się po pokoju. Dopiero teraz zauważyłam, że zostałam przywiązana do krzesła na którym siedziałam. W pewnej chwili usłyszałam szelesty z drugiego końca pokoju i szybko zawołałam:
- Kto tam jest?
- Eliza? Ciebie też porwali? - Usłyszałam ciepły głos Johna.
- John! Jak się cieszę! - ucieszyłam się, ale moja radość nie trwała długo - Czekaj... Jak to porwali?
- Wczoraj w nocy nie mogłem ciebie znaleźć... - zaczyna swoją opowieść - No wiesz chciałem pogadać. Przeszukałem twoje łóżko i znalazłem kartkę od Cenda... W sumie wiesz, że on też tutaj jest? No, ale do rzeczy. Poszedłem w miejsce w którym się umówiliście, a tam zastałem tylko czarny fragment materiału. Właśnie wtedy poczułem dziwny zapach i zemdlałem. Później obudziłem się tu obok Bouxera. Teraz sam nie wiem gdzie jest.
- Mam dziwne przeczucie, że to wszystko zorganizował Kalspern - O wilku mowa.
- Cend! Nic Ci nie jest! - krzyknęłam.

Myślałam, że nic nie może być bardziej pokręcone od całej tej sytuacji. Niestety jak to mawiała Pollyanna - tytułowa bohaterka mojej ulubionej książki (którą znalazłam w bibliotece w dziale książek z bardzo dawnych lat) - Zawsze może być gorzej. W tym przypadku też tak było. W pewnej chwili włączył się telewizor o którego obecności nie miałam zielonego pojęcia. Puścili nagranie na żywo z rozstrzeliwania moich rodziców. Kto inny jak nie Johan Kalspern mógł by to zrobić? Wpadłam w szloch, ale to nie był koniec audycji. Na ekranie pojawił się napis:

Będziecie następni.
Tak też się stało...
W pewnej chwili otworzyły się drzwi od celi, a nasz przyjaciel Komendant K - jak kazał na siebie mówić - wydał polecenie rozwiązania mnie i przeniesienia do celi dwudziestej pierwszej. Jeden ze strażników przerzucił mnie przez ramię i zaniósł mnie we wskazane miejsce. Gdy dotarliśmy inny chłopak - na oko dwudziestoletni - przywiązał mnie do krzesła. Do pomieszczenia wszedł Johan Kalspern i po kolei zadawał mi bezsensowne pytania lecz po chwili spytał:
- Elizabeth Johnson z domu rodzinnego Ela Korczyk. Przypisałaś się do wojny między światowej. Czy jesteś tego świadoma? - Przyłożył mi lufę pistoletu do skroni.
- Zrobiłam to dla lepszego traktowania, - posłałam mu zadziorny uśmieszek - by ludzie mogli normalnie żyć. Chciałam uratować ludzkość i mi się udało.

K wystrzelił, a kula przeleciała przez całą moją głowę.

- Nigdy nie uda Ci się nimi wszystkimi rządzić. - mówiłam resztkami sił - Jesteś słaby. Zadurzyłeś się w swojej władzy. Uwierzyć, że kiedyś byłeś mi jak brat.

Odpłynęłam i nigdy nie powróciłam. Odnalazłam to czego poszukiwałam przez całe życie, ale nigdy nie będzie mi dane podzielić się z kimś tą informacją. Teraz siedzę wraz z mamą, Alice i tatą na łące i pleciemy wianki. Obserwujemy z góry naszych przyjaciół - pana Olwena, Olę, Cenda i Johna. Tu nie spotka nas nic złego.

Jesteśmy bezpieczni.

10.
Perspektywa Johna

Już od trzech lat nie ma jej na świecie. Była młoda i umarła. Chciała tylko ocalić świat. Gdy oddziały którymi dowodził pan Olwen nas namierzyły od razu wzięły się do akcji ratunkowej. Niestety dla Elizabeth było już za późno. Kula jej nie oszczędziła. Zmarła bo straciła wiele krwi i miała wielką dziurę postrzałową w głowie. Zmarła w ramionach jej zabójcy. Zmarła w ramionach Johana Kalsperna. Niedawno dowiedziałem się, że kiedyś byli wspaniałymi przyjaciółmi, a miłość do władzy Johana zniszczyła ich relacje.

Ola chciała ją jeszcze uratować... Nie dało się. Miejscowi lekarze tylko potwierdzili zgon mojej Elizy. Pogrzeb był przepiękny. Teraz jej grób obrasta bluszcz. Podobno przypomina nam o wielu rzeczach i wierzę, że pomoże mi bym nigdy o niej nie zapomniał.

Ecliptus został zlikwidowany, a dawny ład i porządek - przywrócony. Głównym i jednym z ważniejszych  zarządców został pan Olwen i idealnie spisuje się w nowej roli. Przynajmniej nie ma władzy totalitarnej jaką wprowadził Kalspern. Dziękuje Ci Boże za to, że nawet choć odebrałeś mi ją to pomogłeś nam zwyciężyć.

Kochałem ją zarówno jako obywatelkę Anglii - Elizabeth Johnson jak i polkę - Elę Korczyk.

Mam na imię John Kellei i codziennie odwiedzam jej grób.

Chciałem tylko Uratować istnienia które znaczyły dla mnie zbyt wiele.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Podziękowania
To już jest koniec, nie ma już nic...
W sumie to zostały jeszcze podziękowania.

Ania dziękuje za to, że wspierałaś mnie i nawet gdy chciałam usunąć Ecliptusa na dobre, to ty właśnie mi zakazałaś. Pamiętam jak powiedziałam Ci, że fanfiction na podstawie tej książki (które miałaś zamiar kiedyś pisać) pozwolę Ci opublikować dopiero po zakończeniu. Teraz już możesz.

Karena za to, że gdy poprosiłam to od razu zajrzałaś do tej książki i wciąż mnie wspierałaś.

Dziękuje wszystkim tym którzy przeczytali chociaż jedno słowo tego opowiadania - bo nawet jedno słowo to zawsze coś.

W przyszłości zamierzam przetłumaczyć całą opowieść, ale teraz mam wiele planów i mało czasu.

Więc to już czas na pożegnanie z każdym z bohaterów. Dzisiaj zamykam zeszyt z rozpiskami i zaczynam tworzyć inny świat. Ta historia ma już swój koniec który może też być początkiem czegoś nowego.

Teraz przepraszam idę odwiedzić grób Elizabeth...





Do widzenia Ecliptusie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz