1.
Padał deszcz. To jedyne co pamiętam bo
gdy zdążyłam się mocniej przypatrzeć światu byliśmy już w stratosferze.
Wojna... Samo jej pojęcie jest straszne.
Mama i Tata opowiadali mi kiedyś... NO
DOBRA. Wczoraj, że gdy oni byli młodsi uczyli się o historii I i II wojny.
Opowiadali mi też o tym, że kiedyś ludzie śmiali się z idei trzeciej. Oni sami
podobno też...
Opowiem trochę o sobie.
Mam na imię Elizabeth Johnson, ale dla
przyjaciół Eliza. Mam trzynaście lat i od dwóch tygodni żyje na Ecliptusie...
Zapewne nie wiecie co to Ecliptus, hem? Jest to specjalnie zbudowana planeta
badawcza na której panuje strasznie dużo zasad. Od kiedy nauka się poszerzyła
naukowcy chcieli by jak najwięcej ludzi przeżyło, przecież bomby atomowe są tak
rozwinięte, że jedna wyniszczy Europę i pół Azji! Ale przechodząc do rzeczy...
Na tej planecie (zresztą jak już mówiłam)
obowiązuje ścisły regulamin który daje nam nowy ,,tok życia", a mianowicie
są to: godziny policyjne, ogrodzenia, wyznaczone godziny posiłków bo jeśli
spóźniłeś się minutę nie dostawałeś jedzenia, oraz więcej bardzo niewygodnych
działań.
Żeby nie było mamy specjalne ubiory anty
,,radioaktywne". Ta, bo Napewno wybuch atomowy w Rosji dostał się pięćset
tysięcy kilometrów dalej... Nie sądzę.
Gdy nas ewakuowano wielu żołnierzy
zostało. Mój tata też chciał, ale moja rodzicielka mu nie pozwoliła, chociaż w
sumie ja też...
Ojciec dbał o mnie od zawsze. Woził mnie
do szkoły, zostawał ze mną gdy byłam chora, uczył mnie wszystkiego, zawoził na
spotkania z koleżankami, kupował najładniejsze rzeczy... Byłam jego córeczką.
Najważniejszą osobą na świecie. Nie wiem co bym zrobiła bez niego.
Moi przyjaciele dolecieli tutaj ze mną i
swoimi rodzinami dwudziestoosobową rakietą. Najśmieszniej było gdy wylecieliśmy
poza granice grawitacji. W pewnej chwili wszystko (dosłownie wszystko)
wyleciało w powietrze... Nawet my! To było dziwne, ale wspaniale uczucie.
Przynajmniej było tam lepiej niż teraz na Ecliptusie z jego dziwnymi
zasadami...
2.
Siedziałam na łóżku. Godzina policyjna
kończy się za kilka minut co oznacza, że zaraz idę do szkoły która nią nie
jest. Dlaczego? Bo uczymy się zasad.
Zasady to taki ich Bóg... Złamiesz jedną
- masz kłopoty. Problem w tym, że tych reguł albo nie da się wykonać, albo
złamać.
Wiedziałam, że zaraz będę musiała biec do
budynku placówki edukacyjnej tylko po to by zdążyć na siódmą trzydzieści.
Poszłam do łazienki i od razu weszłam pod
prysznic. Niestety mój ulubiony olejek do ciała (o zapachu trawy cytrynowej)
właśnie się skończył, a na najbliższe zakupy idziemy dopiero za miesiąc...
Zasada numer 121 - Zakupy można robić raz
na miesiąc.
Zasady... Denerwujące są...
Gdy skończyłam poranną toaletę od razu
ubrałam się w ubranie na dzisiaj.
Codziennie mamy inny ubiór. Dla dziewczyn
wygląda to tak:
- Poniedziałek - szara sukienka, białe
rajstopy, szare podkolanówki i buty ecrue*.
- Wtorek, Niedziela - Czarna,
rozkloszowana spódnica, biała koszula z kołnierzykiem, czarne lakierki i
(zależnie od pogody) cieliste rajstopy.
- Środa - czarne legginsy, beżowy
sweterek i niebieskie trampki.
- Czwartek - neonowa sukienka (kolor nie
ma znaczenia), białe trampki typu Converse, biała opaska na włosy i zależnie od
pogody rajstopy.
- Piątek, Sobota - jakiekolwiek kolorowe
ciuchy.
Spojrzałam na rozpiskę. Dzisiaj był
wtorek więc wreszcie mogłam ubrać moją ulubioną czarną, rozkloszowaną spódnicę.
Bardzo lubiłam strój na wtorek i niedzielę ponieważ był taki elegancki i
poważny. Wtedy każdy był taki sam.
Ogarnęłam się dość szybko lecz już
musiałam wychodzić. Szybko związałam włosy w niedbały kok i wybiegłam z domu by
zdążyć na autobus.
Nasza kwatera mieści się pięć kilometrów
od centrum i dziesięć od mojej szkoły. Ecliptus jest zbudowany trochę jak
stacje kosmiczne w "Gwiezdnych Wojnach". W 89% jest zbudowany z
metalu, a reszta to czysta natura. Wygląda podobnie jak Ziemia, ale większość
rzeczy dzieje się w jego "środku". Wszystkie kwatery mieszkalne
znajdują się na zewnątrz, ale placówki edukacyjne, rozrywkowe i inne,
najczęściej wgłąb tej konstrukcji w większości zbudowanej z tworzyw sztucznych.
Weszłam do autobusu w którym siedział mój
przyjaciel - John.
- Och... Elizabeth, cześć! - powiedział.
- Hej John. - odparłam po chwili. - mogę
się dosiąść?
- Tak. Siadaj. - odpowiedział poklepując
miejsce obok siebie.
Znałam go od zerówki. Był moim
przyjacielem na "dobre i złe" oraz osobistym aniołem stróżem.
Uwielbiałam zwierzać się mu. On zawsze rozumiał problemy jakby był psychiatrą.
Nigdy nie załatwiał problemów przemocą. Po prostu cud malina.
*Bądźmy ze sobą szczerzy... Nie umiem
tego pisać.
3.
Jazda autobusami to jedna z najmilszych
czynności codziennej rutyny. Można się poczuć jak na rollercoasterze ponieważ
często zjeżdzamy tysiące kilometrów w dół.
Przez te dni i tygodnie mieszkania tutaj
zapomniałam jakie zwyczaje miałam na ziemi. Nie pamiętam co było w szkole, nie
pamiętam mojej codziennej rutyny tam. Pamiętam tylko te najpiękniejsze
wspomnienia, lecz tak czy siak zniekształcone.
Tak to w życiu już jest. Praktycznie
wszystkie wspomnienia to wyidealizowane opowieści, chociaż istnieją wyjątki.
Mam jedno wspomnienie które jest idealnie zapamiętane. Idealnie zapisane w moim
pamiętniku.
"24 grudnia, 2147 rok.
Drogi Pamiętniku.
Dzisiaj naprawdę nie mam humoru, ale
muszę się komuś wyżalić. Gdybym powiedziała to komuś z poza mojej rodziny (nie
wliczając Johna który zawsze mnie rozumie) uznaliby nas za bardzo dziwnych
ludzi. Wiem, że to pochopne przypuszczenia, ale wiesz jak to jest. A więc
przechodząc do rzeczy... Dzisiaj moja siostra - Alice - popełniła
samobójstwo... Z jakiego powodu? Zaraz ci powiem. Przeglądałam jej zeszyt z
zapiskami (oj wiem, że nie wolno) i natknęłam się na pewien fragment który
zacytuje. Datę miał dzisiejszą, a dzięki niemu dowiedziałam się więcej o mojej
matce.
"Mój drogi dzienniku!
Zaczynam cię pisać dopiero teraz bo chce
by moi bliscy wiedzieli co zrobiłam. Mam tego dosyć! Matki nigdy nie ma w domu,
ale ja wiem dlaczego! Szlaja się po klubach i pije alkohol, a potem pogotowie
musi ją z ulicy zbierać. Ojcu mówi "Idę do koleżanki" lub "Idę
na nocną zmianę", a on jej wierzy. Jestem poniżana przez wszystkich, a w
liceum nie jest to takie fajne. Rodzice mówią bym się nie martwiła, ale ja nie
umiem! Mam tego dosyć! (Nauczyłam się już robić szubienicę) Mam dosyć życia!...
"
I tu zapiski się urywają... Tak jak
napisała, że nauczyła się robić szubieniczkę - to była prawda. Powiesiła się.
Mam może i dziesięć lat, ale czasem rozumiem zbyt wiele. Bella miała dopiero
siedemnaście lat i całe życie przed sobą. Za około rok miała iść na studia.
Dostała nawet dość wysoką lokatę na Harvard. Pamiętniku ja już nie mogę. Muszę
kończyć bo inaczej moje zapiski się pomoczą...
Przepraszam...."
- Halo? Żyjesz? Coś się stało? - Z
rozmyśleń wyrwał mnie John.
- Tak. - odparłam - Nie ważne.
- Na pewno? Możesz mi się wygadać. - Ten
to umie pocieszyć.
- Nie... - Odpowiedziałam. - Nie chcę o
tym gadać.
- Okay, bo właśnie zbliżamy się do
szkoły.
I wtedy wjechaliśmy na poziom minus
sześćset dwudziesty pierwszy.
Nie lubię mojej szkoły. Dlaczego? Już wam
chyba mówiłam, ale tak czy siak jest okropna.
Dzisiaj mam dwa razy Fizykę, potem
Angielski... Nie przeczytałam lektury, no super! Francuski, dwie Chemie i
Historia planety. Czemu wtorki są takie ciężkie?
Musiałam biec na Fizykę z Panem Olwenem
Collinsem. Był to mój ulubiony nauczyciel w domu i tu też nim jest. Pan Collins
zawsze mnie rozumiał i chociaż zanim się przeprowadziłam za nic w świecie nie
rozumiałam tego przedmiotu - on mi pomógł.
Tego dnia nie czułam się najlepiej.
Zawroty głowy towarzyszyły mi od rana jednak nie odważyłabym się ominąć
Historii. Mogłabym mieć z tego pożądne konsekwencje.
Nasza szkoła to tak naprawdę jedne drzwi
za którymi znajduje się dwadzieścia sal lekcyjnych. W każdej jest po
pięćdziesiąt ławek na dwie osoby by jak najwięcej uczniów się zmieściło. W
trakcie kiedy ja mam Angielski, dzieciaki z Francji mają Francuski, Polacy mają
polski, a Hiszpanie mają Hiszpański. Każdy ma swój więc nauka tu jest prosta
chcociaż i tak gdy mamy lekcje łączone wszystko jest po Angielsku - języku
uniwersalnym. W każdej sali wywieszone są flagi państw - by pamiętać skąd
pochodzimy.
W grupie która ma ze mną Angielski jest
jedna Polka która biegle posługuje się tym językiem. Ma na imię Ola i ma rude
włosy tak jak ja. Wygląda jakby była moją bliźniaczką. Bardzo lubi jeść lody
(których za bardzo nam nie wolno) i tak samo przeklina swój pobyt na
Ecliptusie.
Biegłam. Tylko jedno przejście przez
ulicę, ale moje szczęście jest tak wielkie, że nawet tak się spóźnię. Byłam w
połowie gdy nie zauważyłam autobusu jadącego na mnie. Nie zauważyłam tego
śmiertelnego zagrożenia. Walnęło we mnie, a przed oczami miałam pustkę.
Czy tak wygląda śmierć?
Nie. Ja jeszcze żyje. Wyczuwam czyjeś
ręce pode mną i krzyki. Wyłapuje niektóre.
"Niech ktoś zadzwoni po pogotowie!"
"Czy ona jeszcze oddycha?"
"Tylko nie Eliza!"
"Proszę o spokój karetka już
jedzie"
Większość głosów to byli moi przyjaciele
i nauczyciele. Bardzo dziwne jest to, że wyłapywałam głos pana Olwena i Oli.
Jakbyśmy byli spokrewnieni!
"Mawiają: głos krewnych słyszymy
najlepiej"
Niby tak, ale oni nie są z mojej
rodziny...
Rozmyślania przerwała mi pustka. Jedna
wielka gówniana ciemność. Cisza i Mrok. Musiałam się im oddać...
4.
Ciemność. Jedyna rzecz otaczająca mnie to
była ciemność. Nie wiem jak to ująć. Wszystko czułam, słyszałam... Tylko ten
śpiew skowronka który chciał mnie obudzić, a ja nie mogłam otworzyć cholernych,
ciężkich jak nie wiem, powiek. Wyłapywałam wiele rozmów, a niektóre nawet na
mój temat. Chciałabym spać, ale nie mogę bo moja podświadomość żyje i nie ma
żadnej głupiej ochoty na sen.
Jak zapełnić tą wielką przepaść którą
jest nuda? Oczywiście jest wiele sposobów. Można posłuchać muzyki, poczytać,
spotkać się ze znajomymi, rozmyślać... Można też wiele innych, ale w każdym
wypadku musiałam wyeliminować wszystko prócz jednego. Rozmyślanie jest jedyną
odpowiedzią.
Nigdy nie czułam się na siłach by
powiedzieć moim rodzicom, że czuje się jakbym była z innej rodziny, ale rozmowa
którą dzisiaj usłyszałam wiele we mnie zmieniła.
"- Ale doktorze to niemożliwe.
Powtarzam. N-I-E-M-O-Ż-L-I-W-E! - powiedziała moja przyjaciółka z Klasy. - Ja
jestem z Polski, a ona z Anglii.
- Droga Olu. Wiem, że jesteś mądra. To
prawda musisz w to uwierzyć.
- Ona, moją bliźniaczką? Lubię ją, ale
znamy się tylko tydzień!"
I w tym momencie wszystko się urwało. Nic
nie słyszałam. Ogłuchłam? Chyba nie. Możliwe, że mój mózg mnie posłuchał i
pozwolił mi spać? Tak. To jest najbardziej sensowne.
Moje sny często bywają głupie. Raz nawet
śniłam o tym, że latałam i pływałam jednocześnie! Tak jakimś cudem jest to
możliwe. Dzisiaj było inaczej. Moimi snami stały się wspomnienia ze wczesnego
dzieciństwa. Stały się moimi pierwszymi dniami na świecie.
Pływałyśmy razem w tym małym baseniku w
którym kąpie się dzieci. Pływałyśmy we trzy. Ja, dziewczynka podobna do mnie i
jeszcze jakaś. Poczułam, że to coś na ręce zsuwa się. W pewnej chwili w wodzie
pływały trzy takie kółeczka z dziurką. Podeszła jakaś pani i losowo założyła
nam to coś na rączki. Ja dostałam swoje. Dlaczego wiem? Bo jako jedyna miałam
różowe w środku.
Podmienili nas! No tak, ale jak?
Nie miałam siły na rozmyślenia.
Wstrzkyneli mi Morfinę. O cholera jaką wielką dawkę. Dla mnie kropla jest
silna, a co dopiero cała strzykawka!
Ostatnie słowa przed ostatnim snem w tym
stanie. Wypowiedziała je Ola. Tak to na pewno ona. I ten lekarz. To oni na sto
procent.
"- Kiedy ona się obudzi?
- Jest szansa, że jutro"
5.
Moje dotychczas ciężkie powieki ujrzały
światło dnia po bardzo... No dobra nie wiem ile byłam nieprzytomna. Po prostu,
po długiej przerwie.
Przez ten czas trochę się o sobie
dowiedziałam. Wiem, że miałam jeszcze jedną siostrę. Wiem, że Ola to moja
bliźniaczka. Nie wiem tylko jednego. Kim z mojej rodziny mógłby być pan Olwen?
W pewnej chwili przyszła pielęgniarka. Na
oko szczęśliwa dwudziestolatka ciesząca się życiem. Taki widok jest rzadki na
Ecliptusie... Chwila! To nie jest on. Nie jesteśmy na nim. Wróciliśmy na
ziemię.
Dziewczyna, o której wspomniałam,
wyglądając jakby się zapowietrzyła, uciekła. Pewnie po lekarza. Nie. Na pewno
pewno po lekarza.
Wpatrywałam się w ekran. Nie pamiętam jak
to coś się nazywało. Kardiograf? Chyba tak.
Moje serce biło szybko lecz w pewnej
chwili zwalniało i znowu na sprincie biegło jak szalone. Lubię ten odgłos.
Niektórych wnerwia, a mnie uspokaja.
Pik, pik pik pik, pik, pik, pik pik pik
pik...
W pewnej chwili przyszedł mój
"Osobisty" lekarz. Te słowa najbardziej pasowały. Określenie
specjalista też by mogło pasować gdyby nim był.
- Pan Profesor? - zdziwiłam się - Co pan
tu robi?
- Na początku swojej kariery studiowałem
medycynę, a potem - zawachał się - poszło jak, poszło.
Miałam w głowie mętlik. Pytania
naskakiwały na siebie. Wydusiłam z siebie tylko dwa.
- Co mi jest? Gdzie jesteśmy?
- Elizabeth. Wiem, że zrozumiesz co chcę
ci teraz powiedzieć. Jesteś bardzo mądrą osobą.
- O co panu chodzi?
- Jesteśmy na Ziemi. Wojna przeniosła się
tam, a my szykujemy oddziały. Jesteś kapitanem numeru tysiąc dwieście
dwadzieścia jeden.
- Ale co mi jest? - kłęby myśli dawały mi
znaki - Przecież uderzył we mnie autobus...
- Nic poważnego, - wypowiadał słowa z
ulgą. Jakby właśnie wrócił z frontu i przeżył - tylko połamałaś żebra. Na
szczęście to da się szybko wyleczyć.
"Nic poważnego"
"Na ziemi"
"Oddział tysiąc dwieście dwadzieścia
jeden..."
Czemu to wszystko jest takie
skomplikowane. Boże Dlaczego zsyłasz te wszystkie rzeczy na ludzi.
Co my Ci zrobiliśmy?
6.
Wreszcie wyszłam ze szpitala. Po
przebudzeniu leżałam tam tydzień - by dojść do formy. Dowiedziałam się kilku
nowych rzeczy. Wiem, że Ola jest moją bliźniaczką, Pan Olwen to mój wujek, a ja
i Alice nie miałyśmy nic wspólnego oprócz pokoju. Elizabeth obudź się! To
prawdziwe życie!
Ziemia się zmieniła... Przynajmniej
zapamiętałam ją inaczej. Moje ulubione miejsca w Anglii zostały wyniszczone,
tak samo jak moje zaufanie do moich pseudo - rodziców. Z Olą bardzo dobrze się
dogadujemy tylko... Tylko nie umiem się przyzwyczaić. Musiałam zmienić imię i
nazwisko - moje było za bardzo Anglojęzyczne. Od dnia dzisiejszego mam na imię
Ela Korczyk. Muszę się też nauczyć polskiego. Niby wszystko fajnie, ale
niektóre słowa są nie do wypowiedzenia.
Jak codziennie, od mojego powrotu,
wstałam o szóstej rano. Umyłam zęby i twarz, ubrałam się i uczesałam. Nie
miałam już napiętego grafiku ubioru. Codziennie ubierałam się w wojskowe ciuchy
- przecież każdy inny ciuch będzie do wyrzucenia! Treningi nie były takie złe,
ale nie podobały mi się. To nie dla mnie.
Poszłam na śniadanie. Jak zawsze było tam
ponuro. Byłam pierwszą osobą przy stoliku mojego oddziału. Ola siedzi gdzie
indziej. Pracuje jako pielęgniarka. Brzmi to może dziwinie. Ma trzynaście lat i
już pracuje? No niestety to smutna prawda. Toczy się wojna. Świat kontra
Ecliptus. Czy kiedykolwiek komuś się to przyśniło?
- Hej Ela! - zaśmiał się John dosiadając
się - Jak podoba ci się twoje nowe imię i nazwisko?
- Zamknij się - odparłam szorstko -
Chociaż... Na pewno bardziej niż dowodzenie tym całym oddziałem.
- Wszystko się miesza - stwierdził Ben -
Okazuje się, że twoja przyjaciółka jest polką, ma siostrę polkę, jej ojcem jest
twój ulubiony nauczyciel, a na dodatek jest seksownym kapitanem twojego
oddziału.
- Kto leci na Elkę? - zapytała Karolina.
- Boże ogarnijcie się bo spalę się tu ze
wstydu! - zaśmiałam się, lecz wciąż byłam wkurzona.
- Czyli lecisz na Bena? - zaczął Bastian
- To na trzy, cztery cały oddział krzyczy: "Ela leci na Bena, Na Bena leci
Ela i Ben na nią też".
I wtedy zaczął się mój koszmar...
7.
Perspektywa Johna
Od zawsze uwielbiałem szkło. Można z
niego uformować wiele wspaniałych kształtów, wazonów czy nawet witraży.
Niestety to był ostatni dzień w którym jeszcze przez chwilę je kochałem, a
chwilę później - nienawidziłem.
W pewnej chwili szyby rozwaliły się na
miliony kawałeczków tak jak moje życie gdy dowiedziałem się o wypadku
Elizabeth. O tak. Ona zawsze będzie moją Elizabeth. Nie żadną Elą, Elką czy
Elżbietą. Po prostu Elizabeth - jak zawsze.
- Ręce do góry i ani jednego kroku dalej!
- usłyszałem czyjś znajomy głos - Och panna Johnson i pan Kellei... Cóż za miłe
spotkanie - W tej chwili uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Pierwsza - przede mną
i moją przyciółką stoi pan Komendant Kalspern - najgroźniejszy dowódca na
Ecliptusie. Druga - No właśnie... Najwidoczniej nasza najukochańsza planeta na
świecie* chce się na nas zemścić.
- Witamy pana Komendanta - rozpoczęła -
Co pana do nas sprowadza? Przyszedł pan nas odwiedzić? Przecież zmieniliśmy
obywatelstwo - W tej chwili zacząłem mieć wątpliwości czy ona ma na pewno
trzynaście lat, bo gada jak doświadczony dwudziestoletni oficer.
- Przyszedłem tylko panią poinformować,
że pani rodzina została wysłana do aresztu wojskowego - w jej przepięknych
oczach widać było szkliste krople łez których nie chciała wydostać. Nie może
okazywać słabości. Nie teraz. Dopóki trwa wojna - Sąd wydał już wyrok. Ich
egzekucja odbędzie się za trzy dni. Jeśli zależy pani na ich istnieniu to radzę
się pospieszyć bo może pani do nich dołączyć.
----------
*czujecie ten sarkazm? :D
---------
8.
Perspektywa Elizabeth
Oni nie mają serca. Nie mają. To ten
najgorszy rodzaj społeczeństwa, który nie potrafi żyć bez zabijania, dziwnej
sprawiedliwości i uprzykrzania życia innym. Dam radę... Co ja gadam?! Nie dam
rady!
W pewnej chwili Ci z Ecliptusa się
ulotnili, a ja? Ja wpadłam w szloch. Straciłam ich. To już wiadome, postanowili
zanim się jeszcze urodziłam. Słyszałam jak mój ojciec kiedyś tak powiedział.
"To nie twoja wina Elizabeth. Oni
postanowili co będzie się tu dziać zanim się urodziłaś."
- Jakoś to załatwimy - powiedział John
przerywając moje rozmyślanie - Tylko musisz być silna.
- Kocham Cię, wiesz? - szepnęłam mu na
ucho. Zawsze chciałam mu to powiedzieć.
- Ja ciebie też - A to od zawsze chciałam
usłyszeć.
Wtuliłam się w jego umięśnione ramiona.
To wszystko nieźle go zmieniło. Kocham go i nie muszę tego nikomu udowadniać,
bo to moja sprawa jak go kocham, a jego jak on mnie.
* * *
Treningi dobiegły końca. Już niedługo
wyruszymy na wojnę - tą prawdziwą. Tą która wszystko wyjaśni. Teraz nic nie
jest ważne. Chwila odpoczynku od spraw świata zawsze robi lepiej. Teraz jestem
tylko ja, łąka i zwierzęta... Zwierzęta których prawie w ogóle nie ma. Co je
wyniszczyło? Wojna. Wojna która nie dała nic tylko stworzyła Ecliptusa i jego
durne zasady! Wojna która stworzyła kolejną! Gdyby dałoby się to uprościć...
Niby się da, ale samobójstwa nie popełnię. Nie zrobię tego dla Johna, Jasia,
Jana... Jemu to obojętne. Polska nazwała go inaczej, Anglia inaczej, a w Afryce
pewnie nazywałby się Ungabungaalala.
- Nad czym się zastanawiasz? - O wilku
mowa...
- Nie rozumiem sensu tych wszystkich
wojen. Wiesz nie rozumiem czy jest to serio potrzebne.
- Masz filozoficzne podejście do świata -
Ta jasne.
- Nie mam.
Przytuliłam się do niego. Tylko tyle. Nie
potrafię w tej chwili więcej. Chcę napawać się chwilą która trwać wiecznie nie
będzie. Będzie trwać do śmierci, a jak znam życie to umrzemy, ale nie jak
normalni, cywilizowani ludzie. Umrzemy przedwcześnie tak jak większość
żołnierzy
***
Mogłabym spać dalej, ale dręczyły mnie
nocne koszmary. Niby jestem przygotowana, ale wojna rozpocznie się na prawdę
niedługo. Co ja gadam? Wojna już się rozpoczęła wraz ze stworzeniem tej
totalitarnej planety. Kalspern jest ich przywódcą. Nie wiem jak można być aż
tal wrednym człowiekiem. A przy okazji rozmowy o panu Komendancie... Misja
ratownicza dla moich rodziców zbliża się wielkimi krokami. Dostałam list od
nich. Egzekucja jednak odbędzie się później. Na szczęście. Wyruszamy za trzy
dni. Boję się o nich. Co jeśli to kłamstwo i już nie żyją? Co jeśli wszyscy
mnie okłamują? Co jeśli... - zawachałam się w swoich myślach - Jeśli John mnie
nie kocha? Elizabeth przestań! Idź już spać! - tak, sen jest mi potrzebny.
Wierciłam się na łóżku próbując nie
obudzić nikogo. Wojskowe materace za bardzo skrzypiały. Zgłaszaliśmy to
kilkakrotnie, ale osoby odpowiadające za naszą wygodę powiedziały, że robią co
w ich mocy. W sumie nie kłamią. Posiłki są przepyszne, prysznice zawsze czyste,
codziennie świeże ubrania... Nawet nie wiem jak im dziękować.
W pewnej chwili poczułam coś dziwnego pod
moją poduszką. Wyczułam, że to coś ma kształt paczuszki. Szybko wzięłam rzecz i
rozpakowałam. W środku znalazłam paczkę moich ulubionych słodyczy i doczepioną
do nich malutką kopertę. Rozdarłam ją delikatnie by nie naruszyć zawartości.
Był tam list, ale kto by do mnie pisał i wysyłał słodycze które uwielbiam.
Spotkajmy się dzisiaj o północy w parku
wojskowym. Muszę z tobą pogadać.
Cend Bouxer
Cend? Czy ja znam kogoś o tak dziwnym
imieniu? Cend, Cend, Cend... Czekaj. Wiem! Bouxer był moim dawnym
przyjacielemze szkoły, ale wojna nas rozdzieliła. Ciekawe dlaczego chce się ze
mną spotkać? Spojrzałam na zegar. Do spotkania zostało pół godziny. Ubrałam
zwykłe wojskowe ciuchy we wzór moro. Nie chciałam się wystrajać. Mam na to
jeszcze czas.
Wyszłam z pokoju. Do parku było
przynajmniej piętnaście minut drogi. Nie lubiłam chodzić późno po opuszczonych
miejscach, a park - przynajmniej ze względu na wygląd - miał kilka, lub
kilkanaście lat.
Stałam jak słup soli gdy go zobaczyłam.
Niegdyś najsłabsze ogniwo klasy, a teraz umięśniony twarzy facet. On tylko
podszedł i mnie objął.
- Mam do czynienia z najmłodszą komendant
w historii? - Uwielbiałam jego żarty.
- Jeszcze nie komendant, ale może
kiedyś... - zaśmiałam się - Co u ciebie ogniku?
- O pamiętasz moją ksywę? Miło. -
przerwał na chwilę - Wszystkiego najlepszego!
O kurde. Zapomniałam na śmierć o własnych
urodzinach! Od dzisiaj mam czternaście lat! Nie. W sumie to i tak za mało. W
pewnej chwili zobaczyłam dziwny cień... Wyglądał trochę jak John lub jego
ojciec. Elizabeth zapomnij o tym! Odwróciłam się do przyjaciela i szybko
zagadałam.
- Zapomniałam na śmierć... - posłałam mu
szeroki, ciepły, miły i przyjacielski uśmiech.
- Mam dla ciebie prezent, - zdziwiłam się
- ale musisz zamknąć oczy.
Zrobiłam co mi kazał, ale w pewnej chwili
źle się poczułam. Padłam jak długa na ziemię. Jedynym co usłyszałam nim
straciłam przytomność był śmiech Cenda i jego słowa.
'Na pewno Ci się spodoba.'
9.
Perspektywa Elizabeth
Obudziłam się. Siedziałam w jakimś pokoju
który przypominał areszt lub pokój przesłuchań. Co takiego się stało, że tu
wylądowałam?
Noc, list, północ, skrzypiące łóżko,
dawny przyjaciel, urodziny, Cend...
Cend! To jego wina! Bo czyja inna? W tym
parku byłam tylko ja, on i ten cień... Elizabeth uspokój się to pewnie było
tylko drzewo.
Rozejrzałam się po pokoju. Dopiero teraz
zauważyłam, że zostałam przywiązana do krzesła na którym siedziałam. W pewnej
chwili usłyszałam szelesty z drugiego końca pokoju i szybko zawołałam:
- Kto tam jest?
- Eliza? Ciebie też porwali? - Usłyszałam
ciepły głos Johna.
- John! Jak się cieszę! - ucieszyłam się,
ale moja radość nie trwała długo - Czekaj... Jak to porwali?
- Wczoraj w nocy nie mogłem ciebie
znaleźć... - zaczyna swoją opowieść - No wiesz chciałem pogadać. Przeszukałem
twoje łóżko i znalazłem kartkę od Cenda... W sumie wiesz, że on też tutaj jest?
No, ale do rzeczy. Poszedłem w miejsce w którym się umówiliście, a tam zastałem
tylko czarny fragment materiału. Właśnie wtedy poczułem dziwny zapach i zemdlałem.
Później obudziłem się tu obok Bouxera. Teraz sam nie wiem gdzie jest.
- Mam dziwne przeczucie, że to wszystko
zorganizował Kalspern - O wilku mowa.
- Cend! Nic Ci nie jest! - krzyknęłam.
Myślałam, że nic nie może być bardziej
pokręcone od całej tej sytuacji. Niestety jak to mawiała Pollyanna - tytułowa
bohaterka mojej ulubionej książki (którą znalazłam w bibliotece w dziale
książek z bardzo dawnych lat) - Zawsze może być gorzej. W tym przypadku też tak
było. W pewnej chwili włączył się telewizor o którego obecności nie miałam
zielonego pojęcia. Puścili nagranie na żywo z rozstrzeliwania moich rodziców.
Kto inny jak nie Johan Kalspern mógł by to zrobić? Wpadłam w szloch, ale to nie
był koniec audycji. Na ekranie pojawił się napis:
Będziecie następni.
Tak też się stało...
W pewnej chwili otworzyły się drzwi od
celi, a nasz przyjaciel Komendant K - jak kazał na siebie mówić - wydał
polecenie rozwiązania mnie i przeniesienia do celi dwudziestej pierwszej. Jeden
ze strażników przerzucił mnie przez ramię i zaniósł mnie we wskazane miejsce.
Gdy dotarliśmy inny chłopak - na oko dwudziestoletni - przywiązał mnie do
krzesła. Do pomieszczenia wszedł Johan Kalspern i po kolei zadawał mi
bezsensowne pytania lecz po chwili spytał:
- Elizabeth Johnson z domu rodzinnego Ela
Korczyk. Przypisałaś się do wojny między światowej. Czy jesteś tego świadoma? -
Przyłożył mi lufę pistoletu do skroni.
- Zrobiłam to dla lepszego traktowania, -
posłałam mu zadziorny uśmieszek - by ludzie mogli normalnie żyć. Chciałam
uratować ludzkość i mi się udało.
K wystrzelił, a kula przeleciała przez
całą moją głowę.
- Nigdy nie uda Ci się nimi wszystkimi
rządzić. - mówiłam resztkami sił - Jesteś słaby. Zadurzyłeś się w swojej
władzy. Uwierzyć, że kiedyś byłeś mi jak brat.
Odpłynęłam i nigdy nie powróciłam.
Odnalazłam to czego poszukiwałam przez całe życie, ale nigdy nie będzie mi dane
podzielić się z kimś tą informacją. Teraz siedzę wraz z mamą, Alice i tatą na
łące i pleciemy wianki. Obserwujemy z góry naszych przyjaciół - pana Olwena,
Olę, Cenda i Johna. Tu nie spotka nas nic złego.
Jesteśmy bezpieczni.
10.
Perspektywa Johna
Już od trzech lat nie ma jej na świecie.
Była młoda i umarła. Chciała tylko ocalić świat. Gdy oddziały którymi dowodził
pan Olwen nas namierzyły od razu wzięły się do akcji ratunkowej. Niestety dla
Elizabeth było już za późno. Kula jej nie oszczędziła. Zmarła bo straciła wiele
krwi i miała wielką dziurę postrzałową w głowie. Zmarła w ramionach jej
zabójcy. Zmarła w ramionach Johana Kalsperna. Niedawno dowiedziałem się, że
kiedyś byli wspaniałymi przyjaciółmi, a miłość do władzy Johana zniszczyła ich
relacje.
Ola chciała ją jeszcze uratować... Nie
dało się. Miejscowi lekarze tylko potwierdzili zgon mojej Elizy. Pogrzeb był
przepiękny. Teraz jej grób obrasta bluszcz. Podobno przypomina nam o wielu
rzeczach i wierzę, że pomoże mi bym nigdy o niej nie zapomniał.
Ecliptus został zlikwidowany, a dawny ład
i porządek - przywrócony. Głównym i jednym z ważniejszych zarządców został pan Olwen i idealnie spisuje
się w nowej roli. Przynajmniej nie ma władzy totalitarnej jaką wprowadził
Kalspern. Dziękuje Ci Boże za to, że nawet choć odebrałeś mi ją to pomogłeś nam
zwyciężyć.
Kochałem ją zarówno jako obywatelkę
Anglii - Elizabeth Johnson jak i polkę - Elę Korczyk.
Mam na imię John Kellei i codziennie
odwiedzam jej grób.
Chciałem tylko Uratować istnienia które
znaczyły dla mnie zbyt wiele.
KONIEC
CZĘŚCI PIERWSZEJ
Podziękowania
To już jest koniec, nie ma już nic...
W sumie to zostały jeszcze podziękowania.
Ania dziękuje za to, że wspierałaś mnie i
nawet gdy chciałam usunąć Ecliptusa na dobre, to ty właśnie mi zakazałaś.
Pamiętam jak powiedziałam Ci, że fanfiction na podstawie tej książki (które
miałaś zamiar kiedyś pisać) pozwolę Ci opublikować dopiero po zakończeniu. Teraz
już możesz.
Karena za to, że gdy poprosiłam to od
razu zajrzałaś do tej książki i wciąż mnie wspierałaś.
Dziękuje wszystkim tym którzy przeczytali
chociaż jedno słowo tego opowiadania - bo nawet jedno słowo to zawsze coś.
W przyszłości zamierzam przetłumaczyć
całą opowieść, ale teraz mam wiele planów i mało czasu.
Więc to już czas na pożegnanie z każdym z
bohaterów. Dzisiaj zamykam zeszyt z rozpiskami i zaczynam tworzyć inny świat.
Ta historia ma już swój koniec który może też być początkiem czegoś nowego.
Teraz przepraszam idę odwiedzić grób
Elizabeth...
Do widzenia Ecliptusie.